
Refleksja nad Słowem (Mt 18, 21-35)
ILE RAZY?…
Ile razy mam przebaczyć? – pytał Piotr. Chrystus mu odpowiedział: „Nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy”…, co w języku tamtych czasów oznaczało: Nie licz, tylko przebaczaj. Życie dzisiaj stało się bardzo zagęszczone. Coraz częściej przecinają się ludzkie drogi i zazębiają ludzkie sprawy. Możliwości sprawienia przykrości i powstania konfliktów są tak częste, że nie dadzą się przewidzieć. Jeżeli chcemy żyć w spokoju i zgodzie, musimy być stale gotowi – w imię dobra i pokoju – przebaczać i prosić o przebaczenie.
W ciągu dnia krzyżują się drogi życiowe męża i żony, rodziców i dzieci, znajomych, sąsiadów, przygodnie spotkanych ludzi, współpracowników. Tu jedno życie przechodzi przez drugie. Spotykają się ręce, serca, myśli i inicjatywy. Życie zazębia się o życie. Prostuje się to, co skrzywione albo wykrzywia to, co proste. Wzrastają lub wyniszczają się wartości. Niepodobna, by człowiek nie sprawił przykrości czy zawodu nawet wtedy, gdy ma dobrą wolę. Dlatego Chrystus stawia obowiązek przebaczania. Ponadto przypomina nam, że Ojciec Niebieski patrzy na te skrzyżowania życia i pilnie je odczytuje, i według naszego zachowania ustawia swoją miłość i swoje przebaczenie.
ZADANIE NA TYDZIEŃ
- Do przemyślenia:
Dlaczego tak trudno mi przebaczać, a jeszcze trudniej przepraszać?
Czy zdaję sobie sprawę ze skutków mego zagniewania?
- Do wykonania:
Bedę uczył się codziennie przebaczać i przepraszać, jeśli zaistnieje taka sytuacja.
Słowo duszpasterskie
„Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupił świat”. Każde spojrzenie na krzyż codziennie rodzi we mnie nowe doświadczenie. Krzyż nieustannie rodzi Miłość i powołuje mnie do tego, aby Ją odkrywać i nią żyć. Niekiedy potrzebujemy konkretnego punktu odniesienia, który pomoże nam zmobilizować się wewnętrznie i odnaleźć właściwe nastawienie wobec wydarzeń. Mi osobiście bardzo pomagają krzyże, które mam w pokoju. To krzyże ofiarowane przez ludzi, bo nie pasował, bo ne mam co z nim zrobić a boje się wyrzucić na śmietnik. To dla mnie były momenty kiedy z tym krzyżem przyjmowałem krzyże życiowe tych ludzi. Każdy przyjmowałem z wielkim wzruszeniem bo przyjmowałem odrzuconego Ukrzyżowanego i Opuszczonego Chrystusa. Miejsce krzyża w moim życiu, w moim domu jest szczególne, gdyż szczególnie czuję miłość do Jezusa Ukrzyżowanego. Uczę się, a moje życie codziennie jest szkołą krzyża. Krzyż jest wywyższony wraz z Jezusem ponad moją codzienność, a kiedy podnosząc wzrok na Ukrzyżowanego zostaje umocniony duchowo, a zarazem uzdrowiony, bo też jestem grzesznym i potrzebuje ratunku, który może mi udzielić jedynie Bóg. To stanięcie pod krzyżem, przyznania się do błędów, popełnionych win; wymaga ode mnie pokory, a zarazem odwagi aby płacząc spojrzeć na Chrystusa, podobnie jak małe dziecko, bojąc się rodzica opuszcza wzrok, by nie spojrzeć w oczy swoich rodziców, gdy musi się do czegoś przyznać, a oni podnoszą mu zasmuconą twarz i spoglądając głęboko w oczy przebaczają. To czułe spojrzenie na krzyż jest dla mnie lekarstwem, ale jest też wyrażeniem zrozumienia czym On jest dla mnie. W jednej ze szkół, w sali lekcyjnej wisi nad drzwiami krzyż, a pod nim jest umieszczony napis „wyjście ewakuacyjne”. To znak i klucz dla tych uczniów i symbol dla mnie.
To w jakim miejscu wisi krzyż w twoim domu, to w jaki sposób na niego patrzysz, świadczy o tym w jaki sposób go traktujesz, czym on dla ciebie jest. Ów napis „wyjście ewakuacyjne” może nie mieć nigdy swojego przeznaczenia, bo nic się w szkole nie wydarzy; krzyż będzie wisiał na twojej ścianie i nigdy nie zostanie przyjęty jako dar. Możesz też potraktować wiarę w Bożą Miłość na krzyżu, jako ostatnią rzecz, której się uchwycisz – jak „wyjścia ewakuacyjnego”.
proboszcz
TEMAT TYGODNIA
Jezus ukrzyżowany i bolejąca Matka Maryja
Wrzesień – miesiąc poświęcony Krzyżowi Świętemu
Święto Podwyższenia Krzyża Świętego (14 września) to jedno z najstarszych świąt, związane jeszcze z pierwszymi wiekami chrześcijaństwa – nawiązuje do dnia, w którym zostały znalezione relikwie Krzyża Świętego, a więc najważniejsze relikwie w Kościele (obchodzą je zarówno katolicy, jak i prawosławni, ci drudzy 27 września). Według tradycji Krzyż Święty został znaleziony w 326 roku przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna I Wielkiego. Św. Helena znaleźć miała, zgodnie ze wskazówkami biskupa Makaraego, wszystkie trzy krzyże, także te należące do dwóch łotrów, miały być ukryte w cysternie nieopodal Golgoty. Tradycja mówi, że Krzyż Święty został jej wskazany w objawieniu. Trzy krzyże pierwotnie złożone w bazylice Grobu Świętego w Jerozolimie, choć część dostały Rzym i Konstantynopol. W 614 roku król perski Chosrow II zdobył Jerozolimę i zniszczył świątynię, ale relikwie zachował, 14 lat później cesarz Herakliusz pokonał Persów i odzyskał zagrabione świętości. Legenda mówi, że chciał je wnieść do Jerozolimy w uroczystej procesji, ubrany w najbardziej odświętny i drogocenny strój, ale nie był w stanie tego uczynić, dopóki szat nie zmienił na zwykłe i nie zdjął butów. Początkowo w Kościele świętowano „Znalezienie Krzyża”, potem „Podniesienie Krzyża”, wreszcie „Podwyższenia Krzyża Świętego”. Kiedyś obchodzono to święto dzień wcześniej, 13 września, ponadto tylko w kościołach, w których znajdowały się relikwie Krzyża Świętego.
Dziś relikwie Krzyża Świętego – najczęściej drzazgi – znajdziemy w różnych kościołach na całym świecie, także w Polsce, gdzie istnieje ponad 100 kościołów pw. Podwyższenia Krzyża Świętego i Krzyża Świętego, W Żywcu jest Kościół tzw Trzech Krzyży a w Sporyszu kaplica Podwyższenia Krzyża. Ty znajduje się tzw. Golgota tzn. scena ukrzyżowania z postaciami sw. którzy byli przy ukrzyżowaniu Jezusa (Matka Jezusa -Maryja, umiłowany uczeń -św. Jan Apostoł, Maria-żona Kleofasa (siostra/krewna Matki), Maria Magdalena.
Z Maryją pod krzyżem Jezusa
Dnia 15 września, zaraz po święcie Podwyższenia Krzyża, jesteśmy zaproszeni, by zatrzymać się pod krzyżem Jezusa razem z Maryją, Matką Bolesną. Maryja jest dla nas przykładem, jak mamy pielgrzymować z wiarą przez życie. Jest wzorem trwania przy Bogu aż po krzyż na Golgocie. Popatrzmy na drogę wiary Matki Boga. Już moment samego zwiastowania był dla Niej próbą wiary. Uwierzyła, że Bóg jest większy od Jej niepewności i duchowych rozterek. Maryja powiedziała Bogu „tak”. Ta zgoda wymagała od Niej ciągle nowych ofiar i zapominania o sobie, by do końca wypełnić Boży plan. Pod krzyżem Jezusa stoi cały Kościół w osobie św. Jana Ewangelisty, a z nim stoją tam wszyscy ludzie oczekujący zbawienia, uczący się od Maryi, jak przyjmować wolę Ojca, który nieraz prowadzi nas przez bolesne doświadczenia. Ponieważ Maryja całkowicie powierzyła Bogu swego Syna, otrzymuje od Niego to, co najcenniejsze: Ciało Jezusa Chrystusa, które odtąd ożywiać będzie wspólnotę Kościoła – owoc Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. Maryja zrozumiała tę wielką ofiarę Syna, która zrodziła „nowego człowieka”. Im bliżej jesteśmy Maryi w naszym duchowym życiu, tym lepiej rozumiemy tajemnicę paschalną Jezusa. Matka Bolesna wyprasza nam potrzebne łaski u Boga, byśmy umieli towarzyszyć naszym siostrom i braciom, którzy doświadczają krzyża cierpienia, choroby, niezrozumienia. Ona jest także naszą Pocieszycielką. Przypomnijmy sobie zatroskane, a zarazem paradoksalnie pełne pokoju oblicze Maryi z Piety Michała Anioła z Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Ona towarzyszyła i towarzyszy kolejnym pokoleniom wyznawców Chrystusa na całym świecie. Powierzmy Maryi, Matce Kościoła, wszystkie niepokoje, nadzieje i prośby, zwłaszcza tę najważniejszą, byśmy nigdy nie oddalili się od Jezusa, który jest naszą Drogą, Prawdą i Życiem. Maryja jest wzorem pokornego znoszenia krzywd i cierpienia. Była świadkiem straszliwej śmierci swojego Syna na krzyżu. Doskonale rozumie nasz ludzki ból i jak prawdziwa Matka daje nam pocieszenie w trudnych chwilach. Jeśli w twoim życiu zmagasz się z cierpieniem, które cię przerasta, nie wahaj się oddać Matce Bożej w opiekę i powierzyć jej problemy. Ona z pewnością zaniesie je do tronu Jezusa, który patrzy na ciebie z miłoscią.
Modlitwa do Matki Bolesnej
Matko Bolesna stojąca pod krzyżem! Naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Pozwól nam razem z Tobą wyjednywać cierpiącym tę łaskę, by nie marnowali cierpienia, lecz by zjednoczeni z Twym umęczonym Synem przyczyniali się do przybliżenia Królestwa Bożego! Matko ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi! Oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia – jak ofiarowałaś mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata.
Tydzień Wychowania
13-19 wrzesień
Tydzień Wychowania to inicjatywa Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski i Rady Szkół Katolickich. Tydzień Wychowania jest obchodzony we wrześniu każdego roku. Inicjatywa Tygodnia Wychowania została pomyślana jako wyraz troski o dobro młodzieży i dzieci, jako forma zwrócenia uwagi wszystkich ludzi dobrej woli na pilną potrzebę wychowania jako pomoc w szukaniu prawdy, która powinna być fundamentem wychowania.
Idea: Nawiązanie do istniejącej w wielu diecezjach praktyki Kwartalnych Dni Modlitw za dzieci i młodzież i wychowawców, o ducha chrześcijańskiego wychowania. Obecny system edukacji nie zapewnia integralnej formacji młodego pokolenia jest to odpowiedź Kościoła na podejmowane przez państwo próby eliminowania problemu wychowania i zwalniania szkoły z jej funkcji wychowawczej
Termin: Początek roku szkolnego najczęściej tydzień, w którym wypada święto św. Stanisława Kostki (18 września)
Cele: Promocja dzieła wychowania. Ukazanie personalistycznej koncepcji wychowania oraz wartości w procesie wychowawczym. Modlitwa o ducha chrześcijańskiego wychowania. Kształtowanie społecznej świadomości i postawy odpowiedzialności za wychowanie – formowanie sumień. Ożywienie współpracy środowisk wychowawczych: rodzina-szkoła-Kościół (parafia). Zwrócenie uwagi na zapewnienie solidnej formacji nie tylko intelektualnej i kulturowej, ale też duchowej i chrześcijańskiej
Formy realizacji: Modlitwa. Prelekcje, konferencje dla nauczycieli i rodziców. Lekcje wychowawcze dla uczniów. Msza św. dla środowiska szkolnego – uroczysta inauguracja roku szkolnego w kościele parafialnym (rozpoczęcie 1 września, 6 września poświecenie tornistrów)
Rozważania na kolejne dni Tygodnia Wychowania
Niedziela, 13 września
Pedagogika miłosierdzia
Bóg okazuje nam miłosierdzie, na które nie zasługujemy. Ma to dla nas nieskończoną wartość, bo bez Bożego przebaczenia nikt z nas nie dałby rady podnieść się z grzechu. W bezwarunkowej Bożej miłości kryje się jednak także lekcja ważna dla każdego z nas. Ten, kto doświadczył Bożego miłosierdzia, nie może łańcucha przekazywania tego daru zatrzymać na sobie. Gdyby tak było, stalibyśmy się podobni do niewdzięcznego sługi z dzisiejszej Ewangelii. Edith Eger miała szesnaście lat, gdy razem z matką i siostrą trafiła do Auschwitz. Na rampie selekcyjnej doktor Mengele zapytał ją, wskazując na matkę: „Kim jest ta osoba?”. Edith odpowiedziała: „To moja matka”. W tym momencie rozpoczęła się selekcja, która oddzieliła ją na zawsze od matki. Mengele powiedział jej, że mama poszła się wykąpać i zaraz ją spotka. Edith przeżyła obóz. Ale przez dziesięciolecia nie potrafiła sobie wybaczyć jednego zdania – tego, że na pytanie oprawcy odpowiedziała prawdę. Czuła się winna, jakby to ona wysłała matkę na śmierć. Dopiero w wieku sześćdziesięciu trzech lat zdobyła się na odwagę, by wrócić do Auschwitz i stanąć dokładnie w tym miejscu na rampie. I tam powiedziała do siebie: „Edith, wybaczam ci. To nie była twoja wina. Kochałaś mamę z całego serca. Nie mogłaś zrobić inaczej.” Zapytana, czy przebaczyła również strażnikom obozowym, odpowiedziała, że tak, ponieważ doszła do wniosku, że oni byli w więzieniu jeszcze większym niż ona. Każda wspólnota – rodzina, wspólnota zakonna, parafialna, szkolna – daje wiele okazji, by uczyć się w niej przebaczenia. Skorzystajmy z tej szansy.
Poniedziałek, 14 września
Bóg zna receptę
W każdej aptece znajdują się substancje, które w czystej postaci są trucizną.
Farmaceuta wie, że tych składników nie wolno dawać pacjentowi wprost – trzymane są osobno, pod kluczem. A jednak te same substancje, połączone z innymi w odpowiedniej proporcji, według właściwej receptury, stają się lekarstwem, które ratuje życie. Najprostszy przykład mamy codziennie na stole: chlor w czystej postaci jest trujący, sód w czystej postaci również. A jednak połączone ze sobą w ścisłej proporcji dają chlorek sodu — sól, bez której nie wyobrażamy sobie kanapki, jajka na twardo czy pomidora. Bóg działa wobec całego stworzenia podobnie jak farmaceuta. On zna właściwą recepturę, właściwy porządek i proporcję rzeczy, które nam dał. Wąż miedziany, śmierć na krzyżu – to rzeczy, które napawają grozą, wyglądają jak klęska, a stają się lekarstwem, bo Bóg wie, jak je umieścić we właściwym miejscu i właściwej relacji do reszty. Ktoś, kto wpadłby do zaplecza apteki i zaczął mieszać wszystko na oślep, nie znając recepty, sprowadziłby katastrofę na pacjentów. Podobnie dzieje się, gdy człowiek próbuje układać swoje życie bez odniesienia do Bożego porządku – miesza składniki po swojemu, przekonany, że wie lepiej. Wydaje się, że dzisiejszy świat właśnie to zrobił: wpadł do tej apteki i wszystko pomieszał, jakby jakaś bomba wysadziła w powietrze mądry porządek, na którym od początku było oparte ludzkie życie. Gdzie sam Bóg układa recepturę, tam jest ocalenie.
Wtorek, 15 września
Maryja – Wychowawczyni z Nieba
Maryja towarzyszy nam na naszych życiowych drogach. 19 września 1846 roku, na alpejskim zboczu we Francji, dwoje pastuszków – jedenastoletni Maksymin Giraud i prawie piętnastoletnia Melania Calvat – zobaczyło kulę światła, a w niej siedzącą postać kobiety, z twarzą ukrytą w dłoniach. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli, że Piękna Pani płacze. Co ważne, z perspektywy dzisiejszego dnia – objawienie to miało miejsce właśnie w wigilię święta Matki Bożej Bolesnej. Piękna Pani, rozmawiając z dziećmi, zwróciła się w pewnym momencie do Maksymina i przypomniała mu wydarzenie sprzed roku, o którym on sam zupełnie zapomniał: że szedł razem z ojcem koło miejscowości Coin i widzieli zboże psujące się na polu. Ojciec wziął wtedy w dłoń kilka kłosów, roztarł je i wszystko obróciło się w proch. A w drodze powrotnej do domu, gdy byli już blisko, ojciec dał synowi kawałek chleba, mówiąc: „Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy ktoś będzie go jadł w roku przyszłym, jeśli zboże będzie się dalej tak psuło.” Maksymin, słysząc to przypomniane wydarzenie, był zdumiony: sam o nim zapomniał, a jednak, gdy usłyszał je na nowo, natychmiast je rozpoznał: „Tak, proszę Pani, teraz sobie przypominam.” Ojciec Maksymina, Germain Giraud, kołodziej z Corps, nie był człowiekiem religijnym. Znany był raczej z tego, że chętniej bywał w karczmie niż w kościele. A jednak to właśnie ten człowiek, w drodze powrotnej z pola, z prostotą i troską podzielił się z synem ostatnim kawałkiem chleba, mówiąc słowa pełne niepokoju o jutro. Gest niewierzącego, zapracowanego, dalekiego od Kościoła ojca – a jednak gest głęboko ludzki, naznaczony miłością do dziecka. I to właśnie ten gest, ukryty i zapomniany, Maryja postanowiła przypomnieć całej Francji poprzez usta jego syna. Ojciec nie chciał wierzyć w to, że jego synowi objawiła się Piękna Pani. Kiedy jednak Maksymin opowiedział mu, że Maryja przypomniała to zdarzenie – zaniemówił. Dobrze je pamiętał. I wtedy w jego życiu zaczęła się zmiana. Zmarł niespełna trzy lata później, w roku 1849, ale to, co się w nim dokonało, pozostało w jego sercu do ostatnich dni. Odszedł jako wierzący i praktykujący katolik. Msza św. i modlitwa były od tej pory dla niego codziennością. Przed śmiercią doznał też łaski uzdrowienia z meczącej go astmy. Maryja uczy nas przede wszystkim obecności, a także pamięci.
Środa, 16 września
Rozeznawanie i modlitwa w życiu wychowawcy
Święci męczennicy – papież Korneliusz i biskup Cyprian żyli w bardzo trudnych czasach. Na rozkaz cesarza Decjusza w roku 250 każdy mieszkaniec imperium rzymskiego musiał publicznie złożyć ofiarę bogom rzymskim – kto odmówił, temu groziło prześladowanie, a w konsekwencji śmierć. Pod tym naciskiem wielu chrześcijan się załamało. Część z nich rzeczywiście poszła i złożyła ofiarę. Zaczęto nazywać ich lapsi — upadłymi. Inni znaleźli obejście – przekupili urzędnika i zdobyli dokument poświadczający, że ofiarę złożyli, choć naprawdę tego nie zrobili. Nazwano ich libellatici – „ludźmi zaświadczenia”. Najdotkliwiej problem dotknął Kartaginy, gdzie prześladowania były wyjątkowo brutalne. Kiedy fala represji opadła, Kościół musiał zmierzyć się z pytaniem, jakiego wcześniej nie stawiano: co zrobić z tymi, którzy odstąpili od wiary pod groźbą? Wykluczyć ich na zawsze, czy otworzyć dla nich z powrotem drzwi Kościoła? Skrzydło pobłażliwe proponowało, by przyjmować upadłych z powrotem natychmiast, bez pokuty. Przyjmujący przeciwne stanowisko twierdzili, że kto raz odpadł od wiary, nie ma prawa do niej powrócić, ponieważ jest to grzech, którego żaden kapłan, a nawet biskup nie może odpuścić. Papież Korneliusz i biskup Cyprian podjęli się rozeznania tej kwestii. Modlili się, by znaleźć jakąś drogę wyjścia z tej sytuacji. W konsekwencji nie przyjęli żadnego ze skrajnych rozwiązań. Uznali, że powrót jest możliwy, lecz nie automatyczny – musi go poprzedzić czas, szczery żal i przejście przez wyznaczoną drogę pokutną. Mądry rodzic, nauczyciel wychowawca zawsze znajdzie sposób, jak pomóc swym wychowankom. By tak było nieodzowne jest podjęcie rozeznania i modlitwy.
Czwartek, 17 września
Miłość leczy rany
Magdalena Hutin, założycielka Małych Sióstr Jezusa poznała życie Karola de Foucauld, pustelnika z Sahary, i zatęskniła za podobnym życiem oddanym Bogu. Miała jednak słabe zdrowie i wiedziała, że taka droga byłaby dla niej bardzo trudna – cierpiała na bolesne zapalenie stawów. Pewnego razu, podczas wizyty u lekarza, usłyszała słowa lekarza, który powiedział z humorem: „Największym twoim wrogiem jest wilgoć. Musiałabyś znaleźć się tam, gdzie nie ma ani kropli wody – na przykład na Saharze”. Potraktowała te słowa poważnie, jako znak. W 1936 roku wyjechała na pustynię. Tam rozpoczął się nowy rozdział jej życia, którego owocem stało się później zgromadzenie Małych Sióstr Jezusa. Z tego okresu pochodzi zdarzenie, które dobrze oddaje ducha dzisiejszej Ewangelii. Do stacji sióstr przyjechał pewnego razu Beduin, wdowiec z małym synkiem. Doszło do strasznego wypadku: dziecko wiezione na wielbłądzie wypadło mu z rąk i wpadło prosto do ogniska. Chłopiec był poparzony, płakał z bólu, jego twarz została oszpecona. Siostry, przerażone, nie wiedziały, jak mu pomóc. Wtedy podeszła siostra Magdalena i powiedziała: „Będziemy go kochać tak, że stanie się piękny”. Chłopiec wyrósł na pięknego mężczyznę. Na jego twarzy nie pozostał żaden ślad po poparzeniu – jakby blizny, które powinny były zostać na zawsze, w jakiś niewytłumaczalny sposób zniknęły. Siostry długo pamiętały te słowa swojej założycielki. Stały się one kluczem do zrozumienia, czym jest miłość, która naprawdę leczy: „Będziemy cię kochać, aż staniesz się piękny”. Kobietę w domu Szymona i syna Beduina łączy jedno: Miłość przyszła pierwsza i to ona wydobyła piękno, które w nich zajaśniało – u kobiety jako wiara, która ją ocaliła, u chłopca dosłownie – jako twarz bez blizn i prawdopodobnie jako przemiana duchowa. Szymon czekał, aż kobieta stanie się godna jego stołu. Siostra Magdalena Hutin pokochała chłopca, którego wcześniej nie znała. To różnica między domem, w którym trzeba zasłużyć na miłość, a wspólnotą wiary, w której Miłość przychodzi pierwsza i czyni nas zdolnymi do miłowania. Czy jesteśmy dla siebie nawzajem stołem Szymona, gdzie trzeba się wykazać, zanim się zostanie przyjętym – czy namiotem, w którym ktoś ma odwagę powiedzieć drugiemu: Będę cię kochać, aż staniesz się piękny?
Piątek, 18 września
Towarzyszyć i wspierać w odkrywaniu powołania
Na cokole pomnika Knuda Rasmussena, odkrywcy okolic podbiegunowych, artysta umieścił napis: „Pewność powołania przeprowadzi cię przez największe trudności”.
Dzieje św. Stanisława Kostki bywają opowiadane skrótowo: chłopiec uciekł z domu i został jezuitą. W tym skrócie ginie to, co najważniejsze – droga do spełnienia powołania nie była prosta – była serią kolejno pokonywanych przeszkód, zewnętrznych i wewnętrznych. Warto prześledzić je po kolei, bo każda z nich uczy czegoś innego o tym, czym jest wytrwałość wrozeznanym powołaniu. Stanisław trafia do kolegium jezuickiego w Wiedniu w 1564 r. jako trzynastolatek, ale razem z bratem Pawłem mieszka poza konwiktem – w domu nieprzychylnego dla katolików Kimberkera. Dorasta religijne w otoczeniu, które nie sprzyja, a czasem wręcz utrudnia praktykowanie wiary. Pod koniec 1566 r. Stanisław ciężko choruje, jest bliski śmierci. Właściciel domu nie chce wpuścić katolickiego kapłana z Wiatykiem. Przeszkoda dochodzi tu do punktu skrajnego: umierający chłopiec zostaje pozbawiony sakramentu przez czystą niechęć otoczenia wobec jego wiary. To właśnie w tej chorobie Stanisław doświadcza łaski, która każe mu wstąpić do Towarzystwa Jezusowego. Otrzymuje Komunię św. z rąk św. Barbary, a następnie widzi Maryję, która przekazuje mu wolę Boga dotyczącą jego powołania. Paradoks polega na tym, że jego powołanie rodzi się nie w sile, lecz w bezradności fizycznej i chorobie. Po wyzdrowieniu Stanisław zgłasza się do wiedeńskich jezuitów, ale rektor odmawia przyjęcia go bez zgody ojca, obawiając się gniewu wpływowej rodziny Kostków. Kolejną przeszkodą staje się więc postawa rodziny chłopca. Brat Paweł, który miał czuwać nad Stanisławem w Wiedniu, reaguje na jego pobożność wrogo – dochodzi nawet do fizycznej przemocy. To jedna z najboleśniejszych przeszkód: opór nie ze strony obcych, lecz najbliższej rodziny. Ojciec, Jan Kostka, senator, całkowicie odmawia zgody na wstąpienie syna do zakonu. Dla szesnastoletniego chłopca w XVI-wiecznej hierarchicznej rodzinie to przeszkoda formalnie nie do przejścia zwyczajną drogą posłuszeństwa. 10 sierpnia 1567 r. Stanisław ucieka z Wiednia przebrany za żebraka, aby nie zostać rozpoznanym w drodze. Musi zrezygnować z bezpieczeństwa, tożsamości i statusu, żeby w ogóle ruszyć w stronę realizacji powołania. Idzie pieszo ok. 650 km przez tereny w większości protestanckie – sam, narażony na rozpoznanie i sprowadzenie z powrotem siłą. Przeżywa fizyczne wyczerpanie połączone z ciągłym napięciem. W Dylindze, dokąd dociera by szukać pomocy u ojca Piotra Kanizjusza, trafia na najgorszy możliwy moment: dwaj zakonnicy właśnie porzucili habit wywołując wstrząs we wspólnocie. Kanizjusz, sam ostrożny i obawiający się dodatkowych kłopotów, nie przyjmuje Stanisława od razu. Zamiast przyjęcia do nowicjatu, Stanisław otrzymuje zadanie sprzątania pokoi i pomocy w kuchni. Przeszkodą staje się tu nie przeciwnik zewnętrzny, lecz własna cierpliwość – trzeba wytrwać w czymś, co nie przypomina spełnienia marzeń. Dopiero po tym okresie próby św. Piotr Kanizjusz kieruje go – wraz z dwoma innymi kandydatami i listem polecającym – do Rzymu. To znów setki kilometrów pieszo, tym razem przez Alpy. Dodajmy, że nie było tam jeszcze dzisiejszych tuneli…W Rzymie generał zakonu, Franciszek Borgiasz, przyjmuje go do nowicjatu przy kościele św. Andrzeja. Dziesięć miesięcy później, w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, 15 sierpnia 1568 r., Stanisław umiera, mając niecałe osiemnaście lat. Tyle przeszkód – żadna z nich nie była łatwa do ominięcia. Dla wychowawców, katechetów i rodziców to przypomnienie: towarzyszenie młodemu człowiekowi w rozeznawaniu powołania rzadko oznacza usuwanie mu przeszkód z drogi. Czasem oznacza tylko bycie obecnym – jak św. Piotr Kanizjusz i św. Franciszek Borgiasz, którzy mimo lęku nie zamknęli przed nim drzwi klasztoru. Młody człowiek sam musi przejść przez kolejne – jedna po drugiej – próby, żeby dojść tam, dokąd jest wezwany. My jako wychowawcy mamy mu w tym pomóc i mu towarzyszyć.
Sobota, 19 września
Siać bez względu na wszystko
W Narodowym Parku Sekwoi w Kalifornii rośnie drzewo nazwane „Generał Sherman”. Waży 2000 ton. To nie pomyłka – taka jest waga tej sekwoi. 2000 ton, czyli mniej więcej tyle, ile waży 350 słoni. A ziarenko, z którego to drzewo wyrosło, waży 5 miligramów. Sekwoja jest więc 400 miliardów razy cięższa niż ziarenko, z którego wzrosła. Z tak małego nasionka wyrasta potężne drzewo, które może przeżyć kilkaset lat. A co by było, gdyby to ziarenko nie dostało się do ziemi? Gdyby nie miało szansy zakiełkować? Nie byłoby sekwoi. Wychowanie w wierze działa dokładnie tak samo. Słowo, które dziś wypowiadamy do dziecka, do ucznia, do wychowanka – często wydaje się nic nieznaczące, jak to maleńkie, kilkumiligramowe ziarenko – jedna rozmowa, jeden gest, jedna lekcja religii, jedno szczere „ja w to wierzę”, powtórzone przy dziecku setki razy bez widocznego skutku. Nie widzimy, na jaką glebę pada. Nie wiemy, czy przetrwa podeptanie, czy nie uschnie z braku wilgoci, czy nie zostanie zagłuszone. Jezus nie każe nam znać losu ziarna. Każe nam siać. Ostatnie słowo Jezusa nie brzmi: „ci, którzy odnieśli sukces”, tylko ci, którzy „wydają owoc dzięki wytrwałości”. Wytrwałość siewcy nie polega na tym, że wie, co się stanie. Polega na tym, że sieje mimo tej niewiedzy – bo jedyna pewna rzecz w tej przypowieści jest taka: jeśli nie zasiejemy, na pewno nic nie wyrośnie. Dlatego w tym Tygodniu Wychowania nie prośmy Boga o gwarancję plonu. Prośmy o odwagę siewcy – żeby nie przestać siać tam, gdzie gleba wydaje się nieprzyjazna, żeby nie zniechęcić się brakiem widocznych efektów, żeby ufać, że nawet ziarno wielkości kilku miligramów, rzucone dziś w serce dziecka, może wydać owoc, którego my sami być może już nie zobaczymy.
Zaproszenie
Do nawiedzenia kaplicy (sporyskiej) ku czci Podwyższenia Krzyża Świętego
14 .09.2026 r. Kaplica będzie otwarta do wieczora.
Kaplica Podwyższenia Krzyża Świętego w Żywcu – kaplica w Żywcu, w parafii Chrystusa Króla, w dzielnicy Sporysz.
Mieszkańcy Sporysza należeli do parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Żywcu. W 1931 r. w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny znajdujący się w ołtarzu bocznym XV-wieczny krzyż przeniesiono pod emporę, z czym nie chciała się pogodzić część mieszkańców wsi Sporysz. Postanowiono, za zgodą proboszcza Jana Satke, o przeniesieniu krzyża do kaplicy położonej na terenie wsi, za Mostem Sporyskim. Kaplica okazała się jednak zbyt mała, nie było też możliwości jej powiększenia.
Krzyż znajdował się w ołtarzu w Żywcu w otoczeniu czterech rzeźb pochodzących z ok. 1780 r., które przedstawiały Marię, Marię Magdalenę, św. Jana oraz Salome. Posągi te po demontażu z ołtarza konkatedry zostały przeniesione tymczasowo do kościoła w Juszczynie.
Kaplica przy obecnej ul. Sporyskiej powstała w latach 1936–1938. Została ona wybudowana w pobliżu starszej świątyni, pochodzącej z drugiej połowy XIX wieku].
Uroczystość poświęcenia obiektu miała miejsce 27 sierpnia 1939 r.
Po oddaniu kaplicy do użytku wiernych umieszczono w niej krucyfiks oraz rzeźby z Juszczyny, które zamontowano we wnękach w ścianach świątyni[2].
Po II wojnie światowej dokonano rozbiórki sąsiedniej, starszej kaplicy.
Obok kaplicy znajduje się kamienna figura Jezusa upadającego pod krzyżem, pochodząca z XVIII wieku. Wcześniej znajdowała się ona w kaplicy położonej przy ul. Komorowskich, zburzonej podczas II wojny światowej.
Zaproszenie
na pielgrzymowanie i Msze św.
przy kapliczce Matka Boża Bolesna
na (górze Łyska – Żywiec Sporysz
19.09.2026 r. (sobota) godz. 15.00
Góra Łyska to wyjątkowy punkt na mapie Żywca. Podejście na szczyt charakterystycznym, leśnym szlakiem, ma wiele uroku. Dodatkowo w jego pobliżu znajdziemy wiele punktów widokowych, z których możemy podziwiać beskidzkie szczyty oraz panoramę Żywca. Jest to jedna z najnowszych tras turystycznych w mieście. Przy szczycie czeka nas piękna i niewielka kapliczka, zbudowana około 700 metrów od szczytu.
Samo pielgrzymowanie na szczyt rozpoczynamy od Kościoła w Sporyszu, następnie po minięciu klubu „Śrubka” skręcamy w stromą ulicę Pierwogóra i po kilkunastu minutach marszu docieramy do kapliczki, za którą znajduje się skręt w ulicę Pod Łyską, gdzie odnajdziemy wejście na leśny szlak.